Dyrektor ośrodka adopcyjnego: każde dziecko potrzebuje rodziców "od zaraz"

O kobietach, które oddają dzieci do adopcji, faktach i mitach procesu adopcyjnego oraz dramatycznych historiach dzieci z domów dziecka opowiedziała w rozmowie z KAI Zofia Dłutek, dyrektor Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Warszawie.

Publikujemy treść rozmowy:

Paulina Godlewska (KAI): Internauci zainicjowali w mediach społecznościowych akcję #AdopcjaJestOK”. W Polsce jednak najczęściej słyszy się o długich procedurach adopcyjnych, o nawet kilkuletnim oczekiwaniu na dziecko, które może zniechęcić rodziców. Jak w rzeczywistości jest z adopcją?

Zofia Dłutek: Adopcja jest na pewno rozwiązaniem, jeżeli dziecko nie może być wychowywane w rodzinie naturalnej. Ośrodki adopcyjne i proces adopcji są tak skonstruowane, żeby dziecku, które w jakiś sposób zostało samo na świecie, znaleźć najlepszą rodzinę, która zaspokoi jego potrzeby. To rodzic ma zaspokoić potrzeby dziecka, a nie odwrotnie. Ośrodek adopcyjny próbuje znaleźć takich rodziców, którzy są gotowi odpowiedzieć na potrzeby konkretnego dziecka.

Myślę, że wiele negatywnych stereotypów o adopcji istnieje od strony tych, którzy przychodzą do ośrodka i mówią: "Chcemy mieć dziecko, a pani jest po to, żeby nam to dziecko dać". Mają też konkretne wymagania: to dziecko ma być zdrowe, z matki, która nie była narkomanką, która nie piła, która nie była bezdomna, nie była chora psychicznie ani upośledzona umysłowo. Ale to jest odwrócenie spojrzenia na adopcję. Pamiętam, kiedy pewna pani polityk wykrzyczała mi, że każdemu dziecko się należy. Nie. Dziecko się nie należy. To dziecku należy się rodzina, a ono jest darem Boga, dawcy życia.

KAI: Czy często pojawiają się rodzice z postawą roszczeniową dotyczącą tego, jakie ma być dziecko, które adoptują?

- Czasem przychodzą tacy kandydaci, ale nie każdy ma taką roszczeniową postawę. Mówię im, że jeżeli zrozumieją, że ośrodek adopcyjny szuka rodziny dla konkretnego dziecka, to nie będzie dla nich trudnością przyniesienie potrzebnych dokumentów i poddanie się diagnozie psychologiczno-pedagogicznej.

To osierocone dziecko ma już „w plecy” co najmniej 9 miesięcy ciąży, podczas której było odrzucane, albo traktowane jako wielki kłopot czy pokrzyżowanie planów. Te dzieci są ze środowisk, w których często szybciej podsuwa się jako rozwiązanie aborcję, niż urodzenie dziecka i wychowywanie go. Urodzenie, to jest wyraz matczynej miłości, a oddanie go do adopcji - konsekwencją sytuacji, w której osamotniona kobieta się znalazła. Pan Bóg z jakiegoś względu dał właśnie tej zygocie duszę nieśmiertelną i my jako ludzie wierzący powinniśmy się tym cieszyć i Mu dziękować. Z ludzkiej strony jest to czasem bardzo trudne. Kiedy mam telefon ze szpitala i słyszę, że matka miała 3 promile alkoholu we krwi i dziecko również urodziło się "pijane"; kiedy matka jest bezdomna, bez dokumentów, również gdy matka dziecka jest upośledzona albo dziecko jest chore, z wadami rozwojowymi albo jest wcześniakiem... Są też dzieci, o których słyszymy: bite, głodzone, zastraszone, samotne, chore, niepełnosprawne...

Myślę, że do społeczeństwa i tych, którzy rządzą ciągle nie dociera prawda, że zbiór dzieci mogących pójść do adopcji i zbiór osób, które chcą adoptować dziecko, to nie są dwa pokrywające się zbiory. One mają tylko wspólną część, niestety wciąż zbyt małą. Powinniśmy dążyć do popularyzowania idei adopcji, do rozszerzania swojego serca na przyjęcie potrzebującego, a nie koncentrować się na swojej potrzebie bycia matką i ojcem. Dobrze by było, aby ludzie, którzy przyjdą do ośrodka adopcyjnego wiedzieli, że to oni mają być dla dziecka, a nie ono dla nich. Kiedyś, w miłości rodzinnej, ta wzajemność nastąpi.

KAI: Czy małżeństwa, które zgłaszają się do ośrodka wiedzą na czym polega adopcja?

- To się bardzo zmieniło w ciągu ostatnich 25 lat. W dzisiejszych czasach ludzie starają się najpierw zgłębić temat. Najczęściej przychodzą małżeństwa, które nie mają dzieci, przez wiele lat pragną potomstwa i są po długiej diagnozie i próbach leczenia. Kiedy przychodzą na rozmowę z nami już wiedzą, jak przebiega proces adopcyjny. Są osoby, które jeszcze nie do końca przeżyły żałobę po braku biologicznych dzieci, które nie „przebaczyły” Bogu, że nie otrzymały daru macierzyństwa i ojcostwa i nie są w stanie wejść z otwartym sercem w sytuację adopcji. To bardzo ważny etap - opłakać, aby potem z radością powiedzieć: jesteśmy osobami, które mogą zrobić coś dobrego dla dzieci, które nas potrzebują. Ale te dzieci, to nie są jednak wymyślone, idealne dzieci. Adoptowane dziecko, to nie dziecko "w zastępstwie". To też będzie nasze dziecko, które przyszło do naszego domu, ale inną drogą. Musimy się jednak liczyć, że ma już jakąś historię życiową i być gotowymi na to, by przyjąć ją wraz z nim. To nie może być tak, że spotykają się trzy „bidy” – ona biedna, bo nie ma dziecka, on biedny, bo ma bezpłodną żonę albo sam jest bezpłodny (co jeszcze dotkliwiej dotyka mężczyzn) i dziecko - biedna porzucona sierota. Z tych trzech "bied" nie będzie radości i życia.

KAI: Jak wygląda pierwsza rozmowa z rodzicami?

- Mówimy na czym polega adopcja, a z drugiej strony staramy się poznać kandydatów. Jeżeli widzimy, że przy każdym pytaniu o dziecko, kobieta ma łzy w oczach to wiemy, że ona ma jeszcze nieprzepracowaną bezpłodność. Jeżeli ta kobieta nie może jeszcze patrzeć do wózka, cieszyć się z tego, że jej koleżanka urodziła dziecko, jeżeli mąż siedzi nieobecny i mówi, że przyszedł, bo żona chciała, to wiemy, że to jeszcze nie jest ten czas. Jeżeli jednak spełniają wstępne warunki(m.in. co najmniej pięcioletni staż małżeński, zdrowie fizyczne i psychiczne, odpowiednie warunki mieszkaniowe i finansowe), są informowani o wymaganych dokumentach (np. akt małżeństwa czy zaświadczenie z KRK), akceptują nasz sposób kwalifikacji - są zapisywani do ośrodka.

Procedura adopcji w Polsce jest określona ustawą i każdy ośrodek adopcyjny się do niej stosuje. Dokumenty, które składają rodzice pozwolą lepiej ich poznać i uwiarygodnić. Kolejnym etapem jest diagnoza psychologiczno-pedagogiczna kandydatów (m.in. wywiad z miejsc zamieszkania małżonków). Po pomyślnej diagnozie kandydaci podejmują szkolenie.

KAI: Czego ono dotyczy?

- Program szkoleń jest zatwierdzony przez Ministra Pracy i Polityki Społecznej. W Katolickim Ośrodku Adopcyjnym w Warszawie nosi nazwę SŁUŻYĆ NAJMNIEJSZYM. Spotkania odbywają się zwykle dwa razy w miesiącu o godz. 18. Uczestniczy w nich 7-8 par. Jest to wygodna godzina dla kandydatów; ci którzy pracują na zmiany wiedzą wcześniej o spotkaniach, więc też mają szansę w nich uczestniczyć. Czasem słyszymy, że to trudne tyle wieczorów poświęcić na szkolenie, ale jeśli decyzja o adopcji stanie się priorytetem, to nie będzie to tak trudne. Później przecież też będą np. wywiadówki w szkole niekoniecznie dostosowane do zajęć rodziców.

Proces szkolenia rodziców adopcyjnych jest rozłożony w czasie, bo czas ma tu swoje znaczenie. Kandydatów prosimy również, żeby pojechali na weekend małżeński, rekolekcje małżeńskie. To ma ich ugruntować jako wspólnotę, do której przyjdzie dziecko. Szkolenie trwa ok. 6-7 miesięcy. Wspólne zajęcia integrują starających się o adopcję i pokazują, że są inni ludzie w takiej samej sytuacji. I choć różnice między nimi widać czasem gołym okiem - jedni są ubrani tak, że wiadomo, że zarabiają kilkanaście tysięcy, inni zarabiają dużo mniej, jedni z wyższym wykształceniem, inni z zawodowym, jedni z wioski, drudzy z miasta - to problem mają ten sam: brak dziecka. Potem, gdy już adoptują dzieci, te rodziny często są dla siebie grupą wsparcia.

Szkolenia mają przyszłym rodzicom adopcyjnym uświadomić i pogłębić własną motywację, poznać specyficzne problemy zdrowotne, rozwojowe, wychowawcze dzieci osieroconych i sposoby ich rozwiązywania, zwrócić uwagę na właściwe budowanie więzi z dzieckiem wielokrotnie odrzucanym, wyposażyć w wiedzę prawniczą dotyczącą zagadnienia przysposobienia itd.

KAI: Czy rodzice mówią dzieciom, że zostały adoptowane?

- Na spotkaniach z rodzicami jest poruszony temat jawności adopcji. Mówimy o tym, jak powiedzieć i kiedy powiedzieć dziecku o fakcie przysposobienia. Niedawno w ośrodku byli kandydaci z Ukrainy. Stwierdzili, że nigdy nie powiedzą swojemu dziecku o adopcji. Powiedzenie, że dziecko jest adoptowane, nadal jest tam postrzegane bardzo źle. Rodzice z Polski pytają raczej nie o to „czy”, ale „ jak” i „kiedy” powiedzieć o tym.

Jeszcze 40 lat temu i w naszym kraju mówiło się: „niech pani założy pod sukienkę poduszkę, jedną, drugą, trzecią, później państwo wyjedziecie i wrócicie z dzieckiem”. I to były rady ośrodka adopcyjnego! Teraz już nikt tego nie usłyszy. Nie można nie powiedzieć dziecku o tak ważnym fakcie jego życia. Gdyby się o tym dowiedziało w przypadkowych okolicznościach, czułoby się oszukane przez najbliższych, mogłoby podważyć dotychczasowe prawdy przekazywane przez rodziców. Prawda powiedziana w miłości nie krzywdzi, ale pozwala dojrzewać.

KAI: Co dzieje się później?

- Jeżeli po szkoleniach i po ostatecznej diagnozie małżonkowie dostaną pozytywną opinię kwalifikacyjną ośrodka adopcyjnego, stają się kandydatami do przysposobienia. Z drugiej strony zgłoszone do ośrodka dziecko musi być zakwalifikowane do adopcji. Dzieje się tak wtedy, gdy ma wszystkie niezbędne dokumenty m.in. diagnozę lekarską, psychologiczną, pedagogiczną, jest wolne prawnie (tj. jego rodzice biologiczni zrzekli się praw rodzicielskich lub zostały im odebrane lub zmarli), a ono samo lub jego opiekunowie prawni zgadzają się na poszukiwanie rodziny adopcyjnej. Wtedy temu dziecku szukamy odpowiednich rodziców. Wybór nie zależy od kolejności zakwalifikowania. Pod uwagę brany jest m.in. stan zdrowia dziecka, jego wiek, miejsce zamieszkania, rodzina pochodzenia, rodzeństwo. Często widzimy łzy rodziców adopcyjnych szczęśliwych, że odnalazło się „ich” dziecko, czasem odbieramy telefony z żalem, że długo czekają, że inne pary już mają dziecko. Na pytanie: "Ile musimy jeszcze czekać?" jest zawsze taka sama odpowiedź, która naprawdę wypływa z serca i z doświadczenia: "Każdy musi poczekać na swoje dziecko".

KAI: A kiedy już ośrodek znajdzie dla dziecka odpowiednich rodziców?

- Dzwonimy do nich i mówimy, żeby przyjechali jak najszybciej porozmawiać z pracownikiem ośrodka i zaznajomić się z dokumentami zaproponowanego im dziecka. Staramy się, żeby zakwalifikowane do adopcji dziecko nie czekało ani dnia dłużej. Bo każde potrzebuje rodziców od zaraz. Rodzice otrzymują wszystkie posiadane przez nas dane dziecka. Niestety, nie możemy powiedzieć o nim wszystkich ważnych rzeczy, ale po prostu sami nie wszystko wiemy. Dotyczy to zwykle starszych dzieci. Kiedy dziecko opowiada o swoim największym sekrecie? Wtedy, kiedy po jakimś czasie poczuje się bezpiecznie, że ci rodzice już go nie oddadzą. I wtedy zdradzi największą tajemnicę swojego życia, czasem bardzo dramatyczną.

Kiedyś pewna adoptowana córeczka powiedziała, że mając 3.5 roku widziała swojego ojca powieszonego w łazience. I pamiętała ten obraz. Dopiero wtedy adopcyjni rodzice zrozumieli dlaczego dziecko nie chciało wchodzić do łazienki... Pamiętam też przypadek dziecka wykorzystywanego seksualnie w lesie przez biologicznego ojca. Rodzina zastępcza jeździła z dzieckiem w weekendy za miasto, właśnie do lasu, ponieważ mieszkała w centrum miasta. Za każdym razem do tego chłopca wracała historia, że jego ojciec go tam wywoził, przywiązywał do drzewa i wykorzystywał. Opiekunowie nie wiedzieli, dlaczego chłopiec jest taki nerwowy w podróży, dlaczego reaguje tak gwałtownie i jest pełen strachu, a po przyjeździe do domu jest agresywny i nie do wytrzymania... W końcu przekazali go innej rodzinie zastępczej.

KAI: Aż trudno uwierzyć, że to sytuacje z życia wzięte...

- My nie musimy wymyślać przykładów czy oglądać horrorów i dramatów psychologicznych. My znamy to z życia. Takie są nasze dzieci. Pamiętam sprawę głośną medialnie, gdzie rodzice trzymali w domu w beczkach zwłoki swoich dzieci. W tym samym domu, w którym wychowywali kilkoro innych! Te dzieci im zabrano. I co się z nimi stało? Przecież one też były skierowane do adopcji. I kto takie dzieci mógł wziąć? Wtedy pytamy: czy ty, jako kandydat na rodzica, jesteś w stanie płakać z płaczącymi? Nieść z nimi ten ciężar przez całe życie?

To, że spotykamy się tu, w Katolickim Ośrodku Adopcyjnym jest przewagą nad innymi ośrodkami, bo w chrześcijaństwie istnieje przebaczenie. I ono daje nam możliwość zrzucenia z siebie ciężaru tego, jak ktoś bardzo mnie skrzywdził. Dlatego na rodziców szukamy wierzących ludzi. Nie chodzi o to, żeby oni się tylko modlili i chodzi na pielgrzymki, ale żeby potrafili zmienić swoje serce korzystając z Bożej łaski. Małżonkowie, którzy są bezpłodni często mają pretensje do Boga. Oni muszą się z Nim pogodzić. To rzadko poruszany problem. Najczęściej w kościele słyszymy o tym, żeby zakładać rodziny, rodzić dzieci i dobrze je wychowywać. Często księża zapominają, że w tym kościele, w ławce siedzi może kobieta, która zalewa się gorzkim łzami, bo nie może mieć dziecka. Myśli: jaki sens ma moje życie, jeżeli sensem życia kobiety jest bycie matką?

KAI: Dlaczego takie historie nie wychodzą wcześniej, przecież te dzieci są pod opieką psychologa?

- Psycholog nie wytworzy takiego poczucia bezpieczeństwa jakie wytworzy matka. A to też nie jest wcale tak, że dostaniesz dziecko i jesteś już jego matką. To dziecko jeszcze przez dwa lata będzie cię sprawdzało: a jak zrzucę telewizor z pierwszego piętra to nadal mnie będziesz chciała? A jak zajdę w ciążę, to wyrzucisz mnie z domu? To jest dopiero wyzwanie. A gdyby nawet te historie wcześniej były znane personelowi zajmującemu się porzuconym dzieckiem, to czy bez prawdziwej miłości można by im skutecznie pomóc?

KAI: Kiedy rodzice już dostają dokumenty dziecka, zdjęcie...

- Nie, zdjęcia nie dostają. Zdjęcie nie jest potrzebne rodzicom. To nie jest tego typu decyzja. W tym momencie ważne jest zdrowie i pochodzenie dziecka, jego rozwój, ile ma rodzeństwa. I najważniejsze: kiedy mogą się z nim spotkać. Wtedy zaczynamy już czuć tę temperaturę. Są rodzice, którzy nie mogą doczekać się spotkania i nawet 5 dni ciągnie się w nieskończoność. Ale są też tacy, którzy mówią, że danego dnia nie odpowiada im spotkanie. Wtedy nam zapala się czerwona lampka, że może to nie jest dla nich dobry czas. Przecież jak się zaczyna poród, to nie jest ważne czy jest przed, czy po Bożym Narodzeniu, czy mam wtedy urlop czy prezentację w pracy. Wtedy nie ma nic ważniejszego, niż poród.

Zastanówmy się też w jaki sposób, jako pracodawcy, odnosimy się do rodziców, którzy starają się o adopcję? Czy czasem to nie powód do zwolnienia, bo przecież ciąży nie widać? Często, kiedy kobieta spodziewa się dziecka to znajomi z pracy też czekają na poród, gratulują, kupują prezent i odwiedzają dziecko. Czasami i nasi rodzice podobnie są fetowani. Pamiętam wspaniały przykład, kiedy to po sprawie adopcyjnej czekał na parkingu przed sądem samochód wypełniony współpracownikami, z ordynatorem oddziału na którym matka adopcyjna była oddziałową. Były oklaski, klaksony, tort i ogromna radość. Czy my potrafimy się tak cieszyć, kiedy ktoś w naszej rodzinie czy pracy adoptuje dziecko?

KAI: Jak wyglądają pierwsze spotkania dzieci z rodzicami?

- Jeżeli dziecko jest świadome to mówi mu się, że przyjdą do niego goście. Dziecko zwykle stara się dobrze zaprezentować. Ono już w wieku 5 lat wie doskonale, choć podświadomie, co to jest autoprezentacja. Ale są też dzieci, które pokazują się od najgorszej strony, testują rodziców, czy takiego "niedobrego" będą chcieli zabrać. Byłoby dobrze, gdyby dziecko mogło być sam na sam z rodzicami. A zdarza się, że stawia się go w sytuacji, w której trudno mu się zorientować, którzy to są przyszli rodzice, bo w sali jest jeszcze pracownik ośrodka, psycholog, dyrektor domu dziecka, opiekun prawny i wychowawca. Ale serce podpowie...

Ostateczna weryfikacja kandydatów na rodziców adopcyjnych to kontakt z dzieckiem. My ich poznajemy przez papiery, staramy się "rozgryźć" przy pomocy psychologii, ale na spotkaniu widzimy czy ten rodzic potrafi złapać z dzieckiem kontakt. Kiedy są pewni, że to „ich” dziecko, rodzice składają do sądu wniosek o przysposobienie. W jego sformułowaniu pomaga im ośrodek. Po udanym kontakcie odwiedzają dziecko w placówce, w której przebywa nawiązując z nim wieź i poznając je lepiej. Najczęściej po krótkim czasie dziecko może przeprowadzić się do ich domu. Taką decyzję wydaje zasadniczo sąd lub opiekun prawny. Sprawy adopcyjne trwają kilka miesięcy. Dziecko w tym czasie jest już z rodzicami w domu. Dopiero jednak po sprawie adopcyjnej przeprowadzonej przez sąd rodzinny zmianie ulega metryka urodzenia dziecka. Przestaje być problemem korzystanie ze służby zdrowia, zapisanie dziecka do szkoły czy załatwienie formalności przy chrzcie.

KAI: Kontakty z sądem rodzinnym bywają niełatwe?

- Sędziowie rodzinni mają bardzo dużo pracy, stąd np. zwykle kilkumiesięczne terminy oczekiwania na sprawę adopcyjną. Sama sprawa, choć emocjonująca, kończy się orzeczeniem przysposobienia. Jeśli ośrodek rekomenduje małżonków to sąd opierając się na jego pracy najczęściej nie ma wątpliwości co do wnioskodawców.

Jednak istnieje trend, żeby za wszelką cenę dążyć do wychowywania dzieci przez rodzinę biologiczną, nawet wbrew faktom i czasowi, którego nikt porzuconemu dziecku nie odda. Bywa, że sąd chroni matkę przez lata i wysyła ją na kolejny odwyk, ojciec pisze tkliwe listy z więzienia. Potem dziecko ma 12 lat, bo matkę dopiero po 7 latach pozbawiono władzy rodzicielskiej i jest oczekiwanie, że w ośrodku adopcyjnym powinni już czekać ludzie i chcieć wziąć takie dziecko do siebie. A dziecka w tym wieku już raczej nikt nie chce. Kandydaci, nie bez racji, boją się doświadczenia dziecka, jego wieku i problemów z tym związanych.

Jesteśmy teraz w trakcie sprawy, gdzie matka ma siedmioro dzieci, żadnego z nich nie wychowuje. To najmłodsze dziecko jest jeszcze w wieku niemowlęcym. Na ostatniej rozprawie, sędzia stwierdziła, że psycholog powinien zbadać dodatkowo umiejętności wychowawcze matki. Rozprawa przełożona. A sędzia stwierdziła, że to badanie da jej pewność, że gdyby pojawiło się ósme dziecko, to pozbawi ją władzy rodzicielskiej na pierwszej sprawie... Czy można mieć wątpliwość, że kobieta nie nadaje się na matkę, jeżeli przez 2 miesiące nie zainteresowała się ani razu swoim dzieckiem? Przecież gdyby to dziecko było z nią w domu i przez 2 miesiące nie zajrzała do łóżeczka, to by umarło. A na spotkaniu, gdzie jest pracownik ośrodka adopcyjnego i pracownik z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie ta kobieta mówi, że to ona zapewnia dziecku taką dobrą opiekę w rodzinie zastępczej czy placówce. Można się uśmiać z tego absurdu. Albo zapłakać.

Najtrudniej przetłumaczyć w sądzie, że dziecko, które jest w pieluszkach nie jest malutkie, ono już potrzebuje rodziców. Każde dziecko potrzebuje rodziców od zaraz. Przez wiele lat błagaliśmy żeby zapraszano pracowników ośrodków adopcyjnych na szkolenia sędziów rodzinnych, bo psychologia rozwojowa dziecka jest bardzo potrzebna do podejmowania racjonalnych decyzji, ale nie możemy się nigdy przebić, są ważniejsze treści podawane na szkoleniach...

KAI: Czy matki z patologicznych środowisk celowo starają się przedłużyć cały proces odebrania praw rodzicielskich po to, aby dostawać np. 500+ na dziecko?

- Z moich obserwacji w ośrodku, z tego okresu kiedy weszło 500+ wynika, że większość dzieci jest zabieranych ze szpitali do domów. M.in. szpitale namawiają matki, żeby zabrały dzieci do domu, bo dostaną 1000 zł tzw. "kosiniakowego", 500+ i jakoś dadzą sobie radę. W pierwszym momencie te 1500 zł jest dla nich wielką pokusą, bo często one nigdy nie widziały takich pieniędzy. Jest teraz więcej niż dawniej dzieci do adopcji, które mają 10 czy 11 miesięcy. Przecież skądś one się wzięły... Dziecka nie można odebrać z domu dopóki coś mu się nie stanie, dopóki pijany konkubent nie uszkodzi dziecka, dopóki wywiad kuratorski nie wniesie o odebranie dziecka rodzinie. Potem długa droga sądowa.

KAI: A dziecko z niepełnosprawnością?

- Jako wspólnota wierzących jesteśmy za tym, aby nie dokonywano aborcji z przesłanki eugenicznej, czekamy kiedy politycy wreszcie z odwagą wpiszą ten zapis do polskiego porządku prawnego. Chciałabym, abyśmy mieli świadomość i gotowość przyjęcia każdego dziecka do naszego domu, abyśmy wracający z Marszu Życia, stawiali sobie pytanie „a może to my mamy dziecko uratowane przed aborcją eugeniczną przyjąć za syna lub córkę, nawet jeśli diagnoza się potwierdzi i będzie dzieckiem niepełnosprawnym?”. Kiedyś pracowałam w Domu Dziecka Niewidomego. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktoś, w naszym katolickim ośrodku, przez ostatnich dwadzieścia parę lat wziął niewidome dziecko. A ja myślałam, że tak się stanie...

Jeżeli poseł czy ekspert w telewizji mówi, że są rodziny, które chcą przyjąć dziecko z zespołem Downa, to ja się go pytam: gdzie one są? Bo ja ich nie znam. Jeżeli słyszę: „trzeba minimalizować adopcje zagraniczne, bo najważniejszym jest żeby dziecko wychowało się w naszym kraju”, to pytam: „czy pierwotną potrzebą dziecka nie jest rodzina, dopiero kolejną wspólnota narodowa”? Dla dziecka niepełnosprawnego potrzebujemy wyjątkowych rodziców. Adopcja zagraniczna jest takim właśnie poszukiwaniem wyjątkowych rodziców nawet zagranicą. Dotyczy to też dzieci starszych i rodzeństwa.

Wczoraj zgłoszono do naszego ośrodka dwie czwórki rodzeństwa. Wszyscy powiedzą - fajne dzieci, nie wolno ich rozdzielać. Często te dzieci młodsze żyją tylko dlatego, że te starsze się nimi zajmowały. Tylko, że od początku działania naszej placówki (a jest to jeden z największych ośrodków adopcyjnych) nie mieliśmy kandydatów, którzy by chcieli przysposobić czworo dzieci naraz.

KAI: A są pary, które chcą adoptować więcej niż jedno dziecko?

- Czasami myślą o adopcji dwójki dzieci, trójka to jest unikat. Jak już myślą o dwójce to wyobrażają sobie, że najlepiej gdyby były to niemowlaki. Patrzymy na własne potrzeby, a przecież jeżeli mamy czwórkę dzieci do adopcji to najstarsze może mieć 12 lat, a najmłodsze 5. I zdarza się, że to młodsze ktoś chce adoptować, ale bez starszego... I co wtedy? Oddać to najmłodsze? Zostawić razem z rodzeństwem w domu dziecka? Jaka jest alternatywa?

KAI: Katolicki Ośrodek Adopcyjny prowadzi też adopcje zagraniczne. Czy te dzieci są adoptowane przez Polaków mieszkających za granicą?

- To kolejny mit: jeśli już adopcja zagraniczna to dla Polaków - emigrantów. Dziecko potrzebuje stabilnego, bezpiecznego środowiska, a nie ludzi którzy sami są na dorobku i oderwani od korzeni walczą o dobrą pracę, godziwe warunki, szukają przyjaciół, uczą się języka i poznają specyfikę społeczeństwa, które wybrali. To sprawia, że nie są dobrymi kandydatami do przysposobienia dzieci, dla których w Polsce nie udało się znaleźć rodziców. Poza tym, często nie są oni w stanie spełnić warunków, które są stawiane przez organizacje adopcyjne w kraju, w którym żyją np. ze względów małej biegłości językowej umożliwiającej przejście badań psychologicznych.

KAI: Jak przebiegają adopcje zagraniczne?

- Zgodnie z ustawą najpierw szukamy rodziców w naszym ośrodku adopcyjnym. Gdy nie ma kandydatów, jego karta trafia do ośrodków w całym województwie, a potem szukamy dla niego rodziców w całej Polsce. W następnym etapie karta dziecka trafia do Centralnego Banku Danych Dzieci i po kwalifikacji (w której bierze się pod uwagę zdanie dziecka i jego opiekunów) możliwa jest adopcja zagraniczna. W Polsce od roku tylko nasz ośrodek może przeprowadzać takie adopcje. Nadal dla dziecka szukamy rodziny we współpracy z organizacjami, które rekomendują kandydatów na rodziców adopcyjnych w swoich krajach. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej sprawdza te organizacje i wydaje im pozwolenia na adoptowania dzieci z Polski.

KAI: Czy dzieci chcą wyjeżdżać za kraju?

- W większości pragną być w rodzinie i rozumieją, że po długim czekaniu na polską rodzinę ich szansą jest rodzina z zagranicy. Ale są o to pytane i przed zgłoszeniem do adopcji zagranicznej i wielokrotnie w trakcie kontaktów z rodziną. Małżonkowie przyjeżdżają do Polski na kilka tygodni, uczestniczą w dwóch rozprawach adopcyjnych przed sądem polskim. Nawiązywanie więzi początkowo jest trudniejsze ze względów językowych, ale miłość i troska przezwycięża te bariery.

Często myślimy: jak dziecko nauczy się języka, jak będzie funkcjonowało w innym kraju? Dzieci uczą się szybko. Potem nawet nie chcą mówić po polsku, bo Polska nie kojarzy im się dobrze. Dla niego w Polsce zwyczajem rodzinnym są libacje alkoholowe, bicie, porzucenie... Dla niego polskość to nie gościnność, duma z historii, piękne jeziora na Mazurach, czy górskie krajobrazy.

Pojechałam kiedyś do Włoch odwiedzić rodzinę, która przysposobiła dziecko z Polski. Rozmawiałam z tą dziewczynką przez tłumacza. Nie wiem, czy nie chciała mówić po polsku, czy po prostu wyparła ten język z pamięci. W języku polskim pamiętała tylko przekleństwo, które we Włoszech oznacza „zakręt”...

Trzeba jednak zaznaczyć, że rodzice z zagranicy są szkoleni, żeby wychowywać dziecko w przyjaźni do kraju jego pochodzenia. I to się udaje, ale nie zaraz w pierwszym okresie aklimatyzacji w nowym kraju. Kiedy dziecko ma poczucie bezpieczeństwa zbudowane w nowej rodzinie w sposób naturalny wraca kiedyś do historii swojego życia, a ta niewątpliwie kojarzy się z Polską, ale już oglądaną z innej perspektywy. Rodzice adopcyjni mają w sobie pewien sentyment do kraju pochodzenie dziecka, przecież ten kraj dał im ich wymarzone dziecko.

KAI: Kiedy dziecko trafi już do rodziny, czy oferowane jest jej jakieś wsparcie?

- W Polsce po adopcji rodzina jest traktowana jak każda inna. Ale może zwrócić się o pomoc do ośrodka. Zostanie ona udzielona w zależności od potrzeby i naszych możliwości. Prowadzimy comiesięczne spotkania rozpoczynane Mszą św. Jest to okazja do bezpośredniego kontaktu, czasami podpowiadamy rodzicom i radzimy im w różnych kwestiach. Oni chętnie słuchają właśnie nas, bo w społeczeństwie jest taki schemat, że dziecko adoptowane to jest takie trochę społeczne dziecko, a to oznacza, że wszyscy możemy się wtrącać w jego wychowanie. Tak nie jest. To jest dziecko tych rodziców i to oni je wychowują i biorą za to odpowiedzialność.

Radzimy też rodzicom, żeby na początku dziecko nie miało częstego kontaktu z dalszą rodziną, czy zostawało pod czyjąś opieką. Ono ma wiązać się z rodzicami i być z nimi. Nie można też wziąć małego dziecka i od razu wysłać go do żłobka czy przedszkola. Bo dla niego takie zbiorowisko dzieci nie różni się niczym od domu dziecka i ono będzie się codziennie zastanawiało, czy ta nowa mama po niego wróci? Cieszę się, że prawo w Polsce jest coraz bardziej proadopcyjne i np. adoptując dziecko do 7. roku życia można wziąć urlop macierzyński.

KAI: A jak wygląda adopcja z drugiej strony, ze strony kobiety, która chce oddać swoje dziecko?

- Kobiety, które przychodzą do ośrodka zwykle jeszcze nie wiedzą, co z tym nienarodzonym dzieckiem zrobić. Trzeba im uświadomić, że są już matkami, że one są za dziecko odpowiedzialne i to od ich decyzji zależy jego życie i dalszy jego los. Często ośrodek jest miejscem, gdzie kobieta może w końcu powiedzieć o swojej sytuacji, nawet nakłamać, żeby lepiej przed nami wypaść, ale powiedzieć. Odblokować się i nawiązać kontakt z dzieckiem. Nasze pierwsze pytania dotyczą tego, co można dla niej zrobić, żeby mogła wychowywać swoje dziecko? Przychodzą również kobiety, które pytają, co zrobić, żeby dziecko oddać, żeby w szpitalu nikt jej nie zadawał pytań, nie pokazywał dziecka, nie kładł na piersiach.

Kiedyś zadzwoniono do mnie ze szpitala, że jest tam matka, która urodziła dziecko z gwałtu i chce je oddać do adopcji. Podpisała już wszystkie dokumenty adopcyjne, ale bardzo płacze i nie jest w stanie się uspokoić. Pojechałam do niej. Okazało się, że zgwałcił ją pracodawca. Proponował jej pieniądze na aborcję, kiedy się nie zgodziła to ją zwolnił. Mimo, że ta kobieta zdecydowała się oddać dziecko, to zapytała, gdzie ono trafi i czy może je odwiedzić. Najpierw przyjeżdżała do niego, ale nawet nie chciała wejść do salki, w której leżało. Później siadała tyłem do łóżeczka, aż w końcu pewnego dnia wzięła je na ręce. W Wielki Piątek powiedziała, że to jej synek i zabiera go do domu.

Kobiety, które zostawią swoje dzieci w szpitalu mają 6 tygodni żeby je odebrać. To czas na to, aby minął pierwszy szok, uspokoiły się hormony. O tym się nie mówi, ale matki, które zdecydowały się urodzić dzieci z gwałtu są świętymi. Bo cały świat mówi: to nie twoja wina, jesteś ofiarą przemocy, takie dziecko trzeba uśmiercić. My mamy zaszczyt czasem je poznać i wesprzeć. Wielki dar...

KAI: Czy matki, które decydują się na pozostawienie dziecka w "oknie życia" robią to dlatego, że nikt wtedy o nic nie pyta, nikomu nie trzeba się tłumaczyć, nikt nie patrzy?

- Nikt też nie pomoże jej urosnąć w tej sytuacji. I jeszcze wszyscy się cieszą, przyjeżdża telewizja i pokazuje, że znaleziono dziecko i ktoś teraz się tym dzieckiem zaopiekuje. Dla mnie okna życia są podtrzymaniem niedojrzałości. Trzeba dziewczynę uświadomić: zaczęłaś współżyć seksualnie - już nie jesteś dzieckiem. Teraz masz przyspieszony kurs dojrzałości. Ten moment spotkania z kobietą jest bardzo istotny. W dużej mierze chodzi również o edukację personelu medycznego. Matka w szpitalu informuje zwykle jeszcze zanim urodzi, że chce oddać dziecko do adopcji. Bywa tak, że personel medyczny odwraca się od niej, przedłuża poród. Ludzie potrafią być dla takiej kobiety bezwzględni. Jednocześnie na tym samym oddziale leżą kobiety, które dokonały aborcji, a inne walczą o utrzymanie ciąży.

KAI: Okno życia nie powinno być alternatywą?

- Jedno z dzieci znalezionych w oknie życia miało na ręku bransoletkę ze szpitala, więc łatwo było zidentyfikować jego tożsamość. To dziecko można było zostawić w szpitalu. Wtedy kandydatom na rodziców adopcyjnych można powiedzieć np. na co chorowała jego matka. A dziecko znalezione w oknie życia jest zupełnie anonimowe. Nie wiesz na co chorowali jego rodzice, czy ono urodziło się zdrowe, czy miało szczepienia. Okazało się, że matką jest dziewczyna, która ma zdawać maturę, i która pochodzi z tzw. "kulturalnej" rodziny. Rodzice nie pozwolili jej zatrzymać dziecka. Kazali jego ojcu dowiedzieć się od zakonnic, jak funkcjonuje okno życia. Siostry mu wyjaśniły, że dziecko się po prostu zostawia, zamiast powiedzieć - pójdźcie do ośrodka adopcyjnego. Wyobraża sobie pani, że oni całą rodziną pojechali podrzucić to dziecko, rodzice i dziadkowie? Nikt mi nie powie, że to było uratowanie życia temu dziecku. Nigdy też nie wiemy czy kobieta, która zostawiła dziecko w oknie życia zrobiła to dobrowolnie, czy zmusili ją rodzice albo ojciec dziecka. Nie wiadomo też jaką tożsamość ma to dziecko i jaki jest jego stan zdrowotny. Nie można też cofnąć tej, czasem pochopnej, decyzji. A każda kobieta w Polsce ma prawo do darmowego porodu w szpitalu i ma prawo zostawić w nim dziecko, nawet nie wyjaśniając dlaczego.

KAI: Czy była historia adopcyjna, którą pani osobiście bardzo przeżyła?

- Gdybym nie traktowała każdego przypadku indywidualnie to byłabym teraz taką panią urzędniczką, która siedzi i przekłada papiery. Jutro spotykam się z chłopcem, który ma 18 lat. Pamiętam go, gdy był 4-latkiem i jak bardzo trudna była jego historia i jak długo walczyliśmy o to, żeby trafił do rodziny adopcyjnej. Tej historii nie mogę opowiedzieć. Mogę za to powiedzieć, że radością później jest spotykanie rodziców i adoptowanych dzieci. Nie jestem w stanie teraz ich wszystkich rozpoznać, bo tych adopcji było ponad 2,5 tys., ale wiem że byłam ogniwem w łańcuchu dobra.

Rozmawiała Paulina Godlewska / Warszawa

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama